* mtenis.pun.pl - forum tenisowe, Tenis ATP

mtenis.pun.pl - forum fanów tenisa ATP

  • Nie jesteś zalogowany.

Ogłoszenie

Forum zostało przeniesione na adres: www.mtenis.com.pl

#1 26-04-2010 07:07:46

 Joao

Buntownik z wyboru

Zarejestrowany: 31-03-2010
Posty: 1600
Ulubiony zawodnik: Roger Federer

Władysław Skonecki

Władysław Skonecki (ur. 13 lipca 1920 w Tomsku, zm. 12 czerwca 1983 w Wiedniu )- polski tenisista, dwukrotny zwycięzca turnieju w Monte Carlo (1953 i 1955), wielokrotny mistrz Polski, reprezentant Polski w
pucharze Davisa, uczestnik turniejów Wielkiego Szlema ( największy sukces 4. runda Rolanda Garrosa w 1953)


Zwyciężając w 1953 roku turniej w Monte Carlo pokonał w połfinale Kurta Nilsena z Danii ( dwukrotny finalista Wimbledonu). W finale wygrał z Jaroslavem Drobnym, Czechem repezentującym Egipt (zwyciezca
Wimbledonu 1954 oraz Rolanda Garrosa 1951,1952). W 1953  roku był fianlistą  23 turniejow z których wygrał 13 .Sezon zakończyl na 4 miejscu w rankingu najlepszych tenisistów europejskich. W 1955 został finalistą turnieju w Hamburgu, gdzie przegrał z Arthurem Larsenem (zwycięzca US Open z 1950). W tym sezonie wygral 12 turniejów.  Sklasyfikowany  został na 3 miejscu w rankingu najlepszych graczy Europy.

W rozowju jego kariery przeszkodziła wojna oraz czasy  głebokiego socjalizmu. Poza tym nie prowadził sportowego trybu życia. Lubił hazard, kobiety i nocne życie. W 1951 uciekł z  Polski, aby móc grać w najlepszych zagranicznych turniejach. Do kraju powórcił w czasie odwilźy w 1956 roku.

Ostatnio edytowany przez Joao (27-04-2010 08:01:15)


Człowiek, jak każda małpa, jest zwierzęciem społecznym, a społeczeństwo rządzi się kumoterstwem, nepotyzmem, lewizną i plotkarstwem, uznając je za podstawowe normy postępowania etycznego. (Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon)

Offline

 

#2 26-04-2010 10:18:22

 DUN I LOVE

Ojciec Chrzestny

Skąd: Białystok
Zarejestrowany: 15-08-2008
Posty: 13296
Ulubiony zawodnik: Roger Federer

Re: Władysław Skonecki

O tym Panu możemy wiedzieć naprawdę dużo, za sprawą Pana Bohdana Tomaszewskiego oczywiście.

Szkoda, że Pan Skonecki zmarł przedwcześnie.


MTT - tytuły (9)
2011: Belgrad, TMS Miami, San Jose; 2010: Wiedeń, Rotterdam; 2009: TMS Szanghaj, Eastbourne; 2008: US OPEN, Estoril.
MTT - finały (8)
2011: TMS Rzym; 2010: Basel, Marsylia; 2009: WTF, Stuttgart, Wimbledon, TMS Madryt; 2008: WTF

Offline

 

#3 26-04-2010 13:15:12

 Joao

Buntownik z wyboru

Zarejestrowany: 31-03-2010
Posty: 1600
Ulubiony zawodnik: Roger Federer

Re: Władysław Skonecki

O Skoneckim parę informacji jeszcze dopiszę (jest mu poświęcony jeden z rozdziałów biografii Bohdana Tomaszewskiego "Stadion zachodzącego słońca", którą posiadam). Podzielam zdanie Tomaszewskiego, że Skonecki był najlepszym polskim tenisistą w historii (lepszym od Fibaka).


Człowiek, jak każda małpa, jest zwierzęciem społecznym, a społeczeństwo rządzi się kumoterstwem, nepotyzmem, lewizną i plotkarstwem, uznając je za podstawowe normy postępowania etycznego. (Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon)

Offline

 

#4 27-04-2010 08:46:12

 Joao

Buntownik z wyboru

Zarejestrowany: 31-03-2010
Posty: 1600
Ulubiony zawodnik: Roger Federer

Re: Władysław Skonecki

Władysław Skonecki (1920-1983) był naszym najlepszym tenisistą w latach 1946-55.
Był człowiekiem , który umiał cieszyć się życiem. Na korcie zdyscyplinowany, skoncentrowany, odporny, wykazujący wszelkie cechy wielkich mistrzów, poza nim
nie umiał okiełznać swojego charakteru, często ulegając pokusom.


Tak było również na początku lat 50 na jednym z międzynarodowych turniejów jaki odbywał się w Sopocie.

Wraz ze swoim kolegą, znanym dziennikarzem i komentatorem Bohdanem Tomaszewskim bawili się wybornie w Grand Hotelu do białego rana. Gdy świtało zapragnęli wykąpać się w morzu. Przyjaciele bawili się wyśmienicie do 7 rano i nic
w tym nie byłoby dziwnego, gdyby nie to, że Skonecki za 3 godziny miał grać finał ze znanym w tamtych czasach zwycięzcą Rolanda Garrosa i półfinalistą Wimbledonu Węgrem Josefem Asbothem.

Mimo szampańskiej zabawy Władysław Skonecki wyszedł na kort ogolony, uśmiechnięty i nieskazitelnie ubrany.

Mecz był, jak wiele w owym czasie rozgrywany w formule the best of five i Skonecki rozpoczął go….rewelacyjnie wygrywając dwa pierwsze sety. Potem jednak siły zaczęły go opuszczać :pocił się, zmieniał koszulki, nogi przestały go tak lekko i szybko nosić
po korcie. Wskutek tego przegrał trzeciego seta. Przeciwnik wiedząc o jego nocnych eskapadach zaproponował (co wtedy było rzeczą dopuszczalną i przepisową ),
aby grać bez przerw. Skonecki zamyślił się, oczy mu zaiskrzyły, uśmiechnął się….
i „podjął rękawicę”. W następnym secie „ogolił” Asbotha, wygrywając cały turniej.

http://www.teniswolomin.pl/historia.html

Ostatnio edytowany przez Joao (27-04-2010 08:47:25)


Człowiek, jak każda małpa, jest zwierzęciem społecznym, a społeczeństwo rządzi się kumoterstwem, nepotyzmem, lewizną i plotkarstwem, uznając je za podstawowe normy postępowania etycznego. (Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon)

Offline

 

#5 27-04-2010 08:51:37

 Joao

Buntownik z wyboru

Zarejestrowany: 31-03-2010
Posty: 1600
Ulubiony zawodnik: Roger Federer

Re: Władysław Skonecki

Do niewielu wybitnych polskich sportowców określenie bon vivant pasuje tak bardzo jak do tenisisty Władysława Skoneckiego. Można się domyślać, jak czuł się w Polsce w 1951 roku. To były najgorsze czasy dla kogoś, kto lubił używać życia i cenił wolność. Żadnego kasyna, niewiele eleganckich lokali, a dookoła szarość socrealizmu. „Towarzyszu Gałczyński, my wam tego kanarka wygonimy z głowy!”– grzmiał partyjny literat Jerzy Putrament. Groźba dotyczyła nie tylko autora „Zaczarowanej dorożki”. Władza skutecznie wyganiała kanarki z głów wszystkich obywateli.

Wiosną 1951 roku tenisową reprezentację Polski czekał mecz o Puchar Davisa ze Szwajcarią. Do Zurychu oprócz Skoneckiego pojechali Józef Piątek i Józef Hebda. Kapitanem drużyny był przewodniczący Sekcji Tenisowej Głównego Komitetu Kultury Fizycznej (Polski Związek Tenisowy nie istniał) inżynier Jerzy Olszowski. Spotkanie zaczęło się po myśli Polaków. W piątek, 18 maja, Piątek i Skonecki wygrali swoje pojedynki i nasi objęli prowadzenie 2:0. Przed południem, zanim gracze wyszli na kort, inżynier Olszowski pojechał do ambasady francuskiej w Zurychu, by odebrać załatwione wcześniej wizy dla siebie i Skoneckiego. Obaj mieli wystartować w wielkoszlemowym turnieju na Roland Garros. Olszowski (rocznik 1920, rówieśnik Skoneckiego), choć był działaczem wysokiego szczebla, całkiem nieźle grał w tenisa. W ambasadzie kazali mu przyjść w poniedziałek. Wściekły wrócił do hotelu, a tam zastał depeszę z Polski: „Wyjazd do Francji nieaktualny”. Podpisano: GKKF.

Tymczasem mecz trwał. Olszowski nic nie wspomniał Skoneckiemu o telegramie z Polski, bo nie chciał go denerwować. W sobotę nasi przegrali debla, ale w niedzielę Piątek zdobył trzeci zwycięski punkt w pojedynku ze Spitzerem. Wygrana Skoneckiego z Albrechtem nie miała już większego znaczenia. Wtedy Olszowski przekazał Władkowi informacje o trudnościach. Nie do końca prawdziwą. Powiedział mianowicie, że Francuzi nie chcą dać wiz i dlatego trzeba wracać do Polski. Skonecki przyjął to z zadziwiającym spokojem. Olszowskiego coś tknęło. Czyżby Władek znał treść depeszy?

Skonecki swoim zwyczajem spędził wieczór na dansingu w towarzystwie dwóch dam. Na noc do hotelu nie wrócił, a w każdym razie nie było go tam w poniedziałek rano. Do Olszowskiego dotarła kartka następującej treści: „Jestem proszony na obiad, przyjadę na lotnisko, rzeczy zabrałem, Władek”. Krótko przed odlotem kapitana ekipy wezwano do telefonu. Dzwonił Skonecki. „Nie będzie mnie na lotnisku, wracajcie do Polski” – powiedział i odłożył słuchawkę.


Ekspres do Paryża

Olszowski natychmiast przekazał tę informację do Warszawy. Niczym bohater sensacyjnej powieści otrzymał polecenie wyruszenia śladem Skoneckiego. Tylko gdzie? Wszystko wskazywało na to, że najlepszy polski tenisista udał się do Paryża, gdzie w poniedziałek od rana toczyły się już pierwsze mecze na Roland Garros. Załatwiając francuską wizę, Olszowski spóźnił się na odjeżdżający o 16.00 ekspres Zurych – Paryż. Samochodem konsula postanowił alpejskimi serpentynami gonić pociąg. Udało się: w ostatniej chwili wskoczył do wagonu w Bazylei.

We wtorek rano szef polskiego tenisa stawił się na kortach imienia Rolanda Garrosa. Miał grać w pierwszej rundzie z Włochem Del Bello. Ale reprezentant Italii miał już innego rywala – Levy’ego z RPA. Organizatorzy skreślili Olszowskiego z listy uczestników, sądząc, że nie zjawi się w Paryżu. Pozostała więc do załatwienia sprawa Skoneckiego, który był na kortach (pokonał Francuza Iemettiego i Brazylijczyka Procopio, przegrał w trzeciej rundzie z Włochem Gardinim), ale odmawiał jakichkolwiek kontaktów. Nie chciał się też stawić w polskiej ambasadzie w Paryżu.

„Polak Skonecki wybrał wolność” – pisała emigracyjna prasa. Na jej łamach polski tenisista tak opowiadał o swojej ucieczce: „Musiałem zabrać mój paszport kapitanowi ekipy, wysokiej osobistości Polskiej Partii Komunistycznej, który zawsze trzymał u siebie wszystkie nasze dokumenty osobiste. Wyślizgnąwszy się z hotelu, zatelefonowałem na lotnisko w Zurychu do mojego obecnie ex-kapitana przed odlotem aparatu do Warszawy, informując go, że zdecydowałem się nie wracać do Polski wraz z innymi towarzyszami ekipy. Nie mogłem dłużej znieść systemu ucisku, w którym obecnie żyje się w Polsce. Teraz, gdy zwiedziłem trochę kraje z drugiej strony kurtyny, czuję, że mogę żyć tylko w wolnym świecie. Życie w Polsce stało się niemożliwe nawet dla sportowca takiego jak ja, który nigdy nie zajmował się polityką. W Zurychu nie mogłem zrobić kroku bez tego, by nie mieć przy swym boku kapitana lub innego reprezentanta Partii Komunistycznej, który mnie dozorował. Nie mogę obecnie opowiadać o szczegółach mojej ucieczki, aby nie skompromitować innych osób, lecz mogę jedynie powiedzieć, że moja ucieczka z Zurychu była po prostu sensacyjna”.


Zwolnienie z aresztu

Sensacyjnie przebiegał też pobyt inżyniera Olszowskiego w Paryżu. Tuż przed wyjazdem został aresztowany przez francuską policję pod zarzutem działalności zagrażającej bezpieczeństwu Republiki Francuskiej. „Express Wieczorny” pisał: „Wyprowadzony z lotniska został siłą wepchnięty do auta policyjnego, a w czasie jazdy do urzędu policyjnego obrzucono go wyzwiskami i grożono rewolwerem. W urzędzie policyjnym został przemocą rozebrany do naga. Książkami i przedmiotami, które przywiózł ze sobą ze Szwajcarii, bito go po głowie”. Według polskiej prasy celem aresztowania Olszowskiego było wydobycie od niego informacji na temat życia politycznego w Polsce oraz nakłonienie do pozostania we Francji.

Zwolniony z francuskiego aresztu przewodniczący Sekcji Tenisa wrócił do kraju 31 maja. Od feralnego meczu ze Szwajcarią minęły dwa tygodnie. Na początku czerwca odbyło się w Warszawie zebranie rozszerzonego prezydium Sekcji Tenisa GKKF z udziałem aktywu sportowego stolicy. Wszyscy jednym głosem potępili „faszystowską policję francuską za jej gestapowskie metody”. Dostał też za swoje uciekinier Skonecki. „Opuszczając swoją ojczyznę, stoczył się do roli renegata i zdrajcy” – powiedział sekretarz GKKF Skrzypek.

http://www.rp.pl/artykul/60574,298564.html


Człowiek, jak każda małpa, jest zwierzęciem społecznym, a społeczeństwo rządzi się kumoterstwem, nepotyzmem, lewizną i plotkarstwem, uznając je za podstawowe normy postępowania etycznego. (Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon)

Offline

 

#6 27-04-2010 08:57:22

 Joao

Buntownik z wyboru

Zarejestrowany: 31-03-2010
Posty: 1600
Ulubiony zawodnik: Roger Federer

Re: Władysław Skonecki

Cygańskie życie



Biegał po korcie ze zwinnością kota

Rok 1937 Łódź. Mistrzostwa Polski juniorów do lat 18. Na kortach zobaczyłem małego blondynka. Grał z niemal dwukrotnie wyższym od siebie młodzieńcem i punktował go bez litości. Jak biegał! Jaki piękny i prawidłowy miał bekhend! Wyczucie piłki, start, elegancję ruchów, czystość każdego uderzenia... Struny jego rakiety wprost śpiewały. Na własne oczy ujrzałem, jak wygląda wielki tenisowy talent. (...) Blondynek w finale wygrał z wyższym o dwie głowy, smukłym Jankiem Strzeleckim. Miał na imię Władek, a nazywał się Skonecki. Rychło wybił się na czoło polskich juniorów. To on był wówczas główną nadzieją polskiego tenisa" - wspomina w książce "Łączymy się ze stadionem" Bohdan Tomaszewski.

Potomek katorżników

Tomsk. Syberyjskie miasto przemysłowe nad potężną rzeką Ob. Na początku XX wieku zamieszkane przez wielu Polaków, robotników rosyjskich fabryk z terenów zaboru, ewakuowanych w głąb Rosji po wybuchu I wojny światowej, a przede wszystkim potomków XIX-wiecznych popowstaniowych zesłańców. O protoplastach Władysława Skoneckiego wiemy niewiele. Ród ojca prawdopodobnie wywodził się z pogranicza Mazowsza i Prus. Zapewne utracił majątek i trafił na Syberię za udział w powstaniu styczniowym. Rodzina matki nie jest znana choćby z nazwiska. W encyklopediach sportowych widnieje błędna data urodzin przyszłego tenisisty. Przyszedł na świat 12, a nie 13 lipca 1920 roku. Bolszewicy umacniali wtedy władzę w byłym imperium carskim, krwawo rozprawiając się z wszelkimi przeciwnikami. Obcokrajowców traktowali podejrzliwie. Polaków w szczególności. Trwała przecież wojna polsko-bolszewicka. Dopiero wiosną 1921 roku, po parafowaniu traktatu ryskiego, kończącego ten konflikt zbrojny, część obywateli polskich mogła powrócić z Rosji do ojczyzny. Był rok 1922, gdy rodzice z Władkiem dotarli do Łodzi, gdzie znaleźli pracę w wytwórni chemikaliów. Zamieszkali w stojącej do dziś secesyjnej kamienicy przy ulicy Rzgowskiej. Wkrótce rodzina powiększyła się o trzech kolejnych synów: Kazimierza, Henryka i Zdzisława.

Praca przy wyrobie naftaliny, rozpuszczalnika i tym podobnych substancji była wprawdzie nieźle płatna, ale niezdrowa. Wdychane latami opary spowodowały nieuleczalne schorzenia płuc. Władek został sierotą w roku 1936, zaraz po uzyskaniu małej matury w technikum chemicznym. Jako siedemnastolatek zarabiał na utrzymanie młodszego rodzeństwa. Przyjęto go do fabryki na miejsce zmarłego ojca.

"Już wtedy grywał w tenisa - opowiada Filip Pilz, kolega Skoneckiego ze szczenięcych lat - ale wcale nie był to jego jedyny sport. Doskonale pływał i grał w ping-ponga. Pomimo niewysokiego wzrostu (169 cm) z powodzeniem radził sobie na boisku siatkarskim. Był bowiem bardzo skoczny. Zimą regularnie próbował sił w hokeju. Największe zagrożenie dla tenisa stanowił jednak futbol. Jak większość rówieśników piłkarską przygodę rozpoczął od podwórkowej zabawy szmacianką. Zakończył ją jako prawy łącznik juniorów ŁKS. Wielką przyszłość w tej dyscyplinie przepowiadał mu wtedy czołowy gracz ŁKS, wielokrotny reprezentant Polski, Antoni Gałecki. Jednak za sprawą pierwszych sukcesów na korcie Władek niebawem kopnął futbolówkę do kąta".

Deblowy debiut

Nie wiadomo, w jakich okolicznościach Skonecki zainteresował się tenisem, ale u schyłku lat trzydziestych nie miał sobie równych w gronie rówieśników nie tylko w Łodzi, lecz także w Polsce. I to pomimo nieregularnych treningów. Jednocześnie bowiem pracował i nie odmawiał sobie życiowych przyjemności. Już wówczas cieszył się wielkim powodzeniem u pań. Pilz przypomina sobie dwie majętne niewiasty w wieku balzakowskim, adorujące nastolatka po kolejnym wygranym meczu.

Filip Pilz: "Zabrały go do eleganckiego kabrioletu marki Bugatti, po czym odjechali w siną dal. Następnego dnia, kiedy, o dziwo łatwo, wygrałem z nim sparring, wyraźnie wyczerpany Władek przyznał mi się, że minionej nocy w wytwornej posiadłości w podłódzkiej wilegiaturze Grotniki zadebiutował w roli kochanka. Na dodatek podwójnego". Deblowy debiut na polu Amora trafnie zapowiadał burzliwą przyszłość Skoneckiego w tej dziedzinie.

Oprócz tenisa nastolatków łączyły również poglądy polityczne. Popierali endecję. "Imponował nam zwłaszcza Obóz Narodowo-Radykalny i byliśmy o krok od akcesu do tej organizacji. W klapy marynarek, obok metalowych sygnaturek rakiety tenisowej, wpinaliśmy mieczyki Chrobrego - symbole Narodowej Demokracji" - twierdzi Pilz, który po wojnie spotykał się ze Skoneckim sporadycznie.

Ściana

Fachowcy różnie oceniają Skoneckiego. Zgodni są w jednym. Wojna złamała mu karierę. W 1939 roku deptał już po piętach krajowej czołówce, a Jan Erdmann na łamach "Przeglądu Sportowego" pisał: "Skonecki. Zapamiętajcie to nazwisko. Średniego wzrostu młodzieniec, o zaczesanych do tyłu włosach, biega po korcie ze zwinnością kota, prezentując całą gamę pierwszorzędnych zagrań. Trudno uwierzyć, że tak wysoki poziom uzyskał, trenując sam. -Ależ nie! - stanowczo protestuje. - Opanowanie kolejnych uderzeń zawdzięczam ścianie. Tysiące razy ćwiczyłem na niej serwisy, forhendy czy woleje. Tym sposobem doczekaliśmy się gracza, który, w moim przekonaniu, niebawem zdystansuje Tłoczyńskiego, Hebdę i Baworowskiego, a potem, kto wie, czy nie zawojuje Wimbledonu".

Los sprawił inaczej. Przez sześć lat nie miał w dłoni rakiety. "Niezupełnie jest to prawda - mówi syn Jan Skonecki. - Zanim tata pod koniec 1941 roku został schwytany w łapance, grywał w konspiracyjnych rozgrywkach tenisowych. Na kortach zakamuflowanych przeważnie gdzieś na peryferiach. A gdy trafił do obozu pracy pod Wiedniem, też miał tam raz możliwość poodbijania piłki. Ponieważ jeszcze przed wojną zdobył prawo jazdy, powierzono mu z czasem pracę szofera ciężarówki, która wywoziła z obozu... zwłoki zmarłych."

Był cmentarz

Trasa na cmentarz wiodła obok kortów tenisowych. Któregoś dnia, właśnie w ich sąsiedztwie, zepsuł mu się samochód. Naprawiając usterkę, zerkał na grających, którzy po rozgrywce pozostawili sprzęt na korcie i weszli do pobliskiego budynku klubowego. Uległ pokusie, choć zdawał sobie sprawę, że za grę więźniowi grozi kara śmierci. Zaczął podbijać piłkę rakietą. Niemcy szybko dostrzegli intruza. Nie wyciągnęli jednak wobec niego konsekwencji. Ba, jeden z graczy zainteresował się więźniem-tenisistą. Tej znajomości Skonecki zawdzięczał później życie. Ów człowiek, Austriak z pochodzenia, był lekarzem i pod koniec wojny zrobił schorowanemu Skoneckiemu odmę płuc. Po latach spotkali się ponownie. Tym razem w Warszawie. Herr doktor wchodził w skład delegacji austriackich tenisistów goszczących na zawodach w stolicy Polski.

W Austrii Skonecki poznał pierwszą miłość swego życia, zesłaną tam na roboty Polkę, Helenę Czyżewską. Gdy okazało się, że jest w ciąży, zwolniono ją do domu. W roku 1942 jeszcze tak postępowano w podobnych przypadkach. Rok później dziecko po urodzeniu odebrano by matce i, w zależności od klasyfikacji rasowej, oddano do adopcji jakiejś niemieckiej rodzinie, która nie mogła mieć potomstwa. Czyżewska urodziła w Warszawie syna Jana, po czym oddała go na wychowanie swemu bratu w Aleksandrowie Kujawskim. Sama miała bowiem dość rozrywkowe usposobienie i macierzyństwo ją nie interesowało.

Aleja Róż

"Poznałem ojca, gdy po wojnie wrócił do Polski w roku 1946 - opowiada Jan Skonecki. - Zabrał mnie od wujka do Warszawy. Był już wtedy po ślubie z moją macochą, starszą od siebie o dwadzieścia lat rozwódką Marią, właścicielką ekskluzywnego, jak byśmy dziś rzekli, butiku z damskimi kapeluszami "Chapeau de lux", usytuowanego w bezmyślnie rozebranej w latach budowlanego socrealizmu kamienicy przy rogu Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej. Interes przynosił niemały dochód, więc mieszkaliśmy w komfortowym apartamencie z pokaźnych rozmiarów werandą w gmachu przy Alei Róż. Ojciec wrócił z powodzeniem na kort ("Express Wieczornym w roku 1948 donosił piórem Kazimierza Gryżewskiego: "W programie igrzysk olimpijskich w Londynie zabraknie tak popularnego tam tenisa. Wielka szkoda, bo Skonecki w obecnej dyspozycji bezwzględnie miałby olbrzymie szanse medalowe"), więc przyszłość zaczęła się dla nas rysować w różowych barwach. Do czasu. W 1949 r. matka stała się kolejną ofiarą komunistycznej bitwy o handel. Sklep jej odebrano, nas wyrzucono z mieszkania, które zajął PZPR-owski dygnitarz. Jakby było mało nieszczęść, okazało się, że owocem turniejowych wojaży taty były nie tylko liczne nagrody, lecz także dwie nieślubne córki: Barbara i Janina. Macocha jednak była tak zauroczona ojcem, że wybaczyła mu skoki w bok. A kilkanaście lat potem wzięła na swe barki wychowanie moich przyrodnich sióstr".


Z kortu do kasyna

Władysław Skonecki był u szczytu sławy. Zdobywał kolejne tytuły mistrza Polski, zwyciężał w prestiżowych pojedynkach Pucharu Davisa. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że władza coraz mniej przychylnym okiem spogląda na korty. Tenis należał przecież, według komunistycznych doktrynerów, do sportów imperialistycznych. Grywała w niego zazwyczaj inteligencja, szczególnie oporna na ideologię powszechnej szczęśliwości. Aby zmarginalizować dyscyplinę, ograniczono międzynarodowe kontakty, a do PZT delegowano wypróbowanych towarzyszy. Funkcję prezesa piastował na przykład Piotr Jaroszewicz, który we wspomnieniach przyznał: "Tenis był mi zupełnie obcy. Próby gry wypadły katastrofalnie. Siatka dzieląca kort wciąż okazywała się dla mnie za wysoka, w przeciwieństwie do tej, który go otaczała. Na dodatek z klubowych domków w żaden sposób nie udawało się usunąć przedwojennego klimatu". Skoneckiego od 1951 roku nie było już w kraju. Po wyjazdowym meczu w Pucharze Davisa ze Szwajcarią "wybrał wolność". Ucieczka naszej rakiety nr 1 sprawiła, że władze PZT zadecydowały o wycofaniu się Polski z tych prestiżowych rozgrywek na cztery sezony.

"Na pozostanie za granicą zdecydował się potajemnie. - Takie to były bowiem ponure czasy, że człowiek ufał jedynie sobie samemu, a i to nie zawsze - tłumaczył później tę decyzję. Tak czy inaczej, został na Zachodzie i choć miał już 31 lat, gromił kolejnych rywali zarówno w turniejach, jak i spotkaniach pokazowych, które szczególnie lubił z uwagi na honoraria. Miał słabość do hazardu. Pieniądze zarobione w dzień na korcie nierzadko upłynniał nocą przy karcianym stoliku, rzadziej przy ruletce i w kasynach gry" - opowiada Jan Skonecki.

Ostatni dzwonek

"Zdawał sobie sprawę, że był to ostatni dzwonek, by skorzystać z rozkoszy światowego życia. Był już po trzydziestce, ale klasyfikowano go wciąż w okolicach dziesiątego miejsca na świecie. Zresztą w tamtej epoce nastolatki na kortach się jeszcze nie liczyły, a tenis nie należał w latach pięćdziesiątych do sportów, w których wysokie pozycje rankingowe gwarantowały żywot rentiera. Władek wygrał kilkanaście renomowanych turniejów, jeszcze więcej lukratywnych pokazówek, ale apanaży nie odkładał na konto, czego po latach żałował" - opowiada Andrzej Roman. Za granicą regularnie odwiedzał najsłynniejsze jaskinie hazardu: Monte Carlo, Niceę, Baden-Baden.

Wiadomości, które po opuszczeniu kraju przez Skoneckiego pojawiały się w krajowych mediach, dotyczyły właśnie kasyn, a nie kortów. "Do czego prowadzi sportowe zawodowstwo, ilustruje przypadek Władysława Skoneckiego. Jak zapewne kibice pamiętają, ten niewątpliwy talent tenisowy zdradził niedawno Polskę, zaprzedając się bez reszty pachołkom światowego imperializmu i dziś odbija piłkę za funty, franki, marki i liry, które szybko upłynnia w kapitalistycznej zgniliźnie kasyn gry" - ujawniał w 1952 roku "Przegląd Sportowy". Nazwisko Skoneckiego zniknęło wkrótce z gazet i radia. Powróciło tam dopiero po odwilży.

Ulubieniec Warszawki

Władysław Skonecki wrócił do Polski pod koniec 1956 roku. Wciąż był bezkonkurencyjny, toteż ponownie stał się filarem drużyny narodowej. W PRL z okresu małej stabilizacji znalazł też miejsce na rozwój hazardowej namiętności. Szybko stał się bywalcem wyścigów konnych na Służewcu, często spędzał wieczory w nielegalnych domach gry, które pod tajną kuratelą MSW funkcjonowały tu i ówdzie w stolicy. Na korcie i przy kartach zaznajomił się z artystyczną bohemą stolicy, między innymi z Bernardem Ładyszem, który tak go wspomina: "Władzio wiódł cygański żywot i bardzo to sobie cenił. Kochał hazard. Co do pań, to bardziej one go kochały. Nie miał natury Don Juana. Same do niego lgnęły jak ćmy do świecy, zniewolone urokiem, dowcipem, gestem, a także prezencją Władzia. Zawsze był bowiem ubrany zgodnie z najnowszymi trendami mody."

Arbiter elegancji

Nosił się wytwornie. Kraciaste marynarki i sportowe koszule ze sztruksowymi krawatami albo jedwabnymi fularami. Gdy było chłodno, zakładał flausze i tweedy, latem garnitury szyte przez elitarnego krawca Apolinarego Siudę. Zimą nosił granatowy trencz, dżdżystą porą beżowy prochowiec. Gustował w kosmetykach Yardleya, nierzadko sprowadzanych dla niego przez zaprzyjaźnionych zachodnich dyplomatów. Buty szyli mu uznani szewcy, Kielmann z Chmielnej bądź Sikora ze Zgody.

Równie wielkie znacznie jak do stroju przywiązywał do wyglądu. Fryzjera w hotelu Polonia odwiedzał przynajmniej dwa razy w miesiącu, toteż imponował starannie zaczesanymi do tyłu włosami obficie skropionymi brylantyną. Jako jeden z pierwszych mężczyzn w Polsce miał zrobione pedicure i manicure. Był też pionierem opalania się pod kwarcówką. Unikał za to tytoniu i wbrew mitom alkoholu. Czasami w chętnie odwiedzanych restauracjach hotelu Grand i Hotelu Europejskiego zamawiał modne long-drinki na sokach. Większą wagę przykładał do jedzenia. Obiady szczególnie smakowały mu w konstancińskiej restauracji Berentowicza.

Dopiero kiedy był po czterdziestce, zaczęli z nim wygrywać młodsi tenisiści: Wiesław Gąsiorek, Andrzej Licis, Mieczysław Rybarczyk. Powoli zaczął więc wycofywać się z kortów. Tyle że nie bardzo miał dokąd.

"Gdy towarzysz Wiesław zapalił zielone światło dla rzemiosła, znów zaczęło się nam lepiej powodzić. Macocha otrzymała nowy lokal na reanimowany sklepik z kapeluszami, ojciec dostał z przydziału Legii mieszkanie na Pradze. Wydawało się logiczne, że z jego doświadczenia powinni skorzystać młodzi adepci tenisa. Nic z tego. Ojciec nie miał formalnego wykształcenia trenerskiego, więc zgodnie z literą prawa nie mógł pełnić funkcji szkoleniowych. Dostawał jakieś grosze z klubu, ale tak po prawdzie był na garnuszku żony" - zwierza się Jan Skonecki.

Kielich goryczy przepełniła przypadkowa konwersacja z Józefem Cyrankiewiczem. Premier PRL odwiedził korty na Legii, co Skonecki wykorzystał, by przypomnieć gościowi nieformalne przyrzeczenie działaczy sportowych z KC, dotyczące przyznania dewiz na zakup zachodniego sprzętu tenisowego. "Partia nigdy niczego nie obiecuje" - uciął dialog Cyrankiewicz. "I dotrzymuje słowa" - replikował Skonecki. Zniechęcony i przygnębiony, w 1965 roku zdecydował się na ponowne opuszczenie ojczyzny.

Saksy

Jan Skonecki: "Z Dworca Głównego ojciec odjechał pociągiem do Wiednia. Nie zdawał sobie sprawy, że już nigdy więcej do Polski nie powróci. Przypuszczał, że posiedzi kilka lat, trochę zarobi i na jesień życia przyjedzie z powrotem."

W stolicy Austrii nikt nie pytał o dyplom. Natychmiast zaoferowano mu posadę trenera tenisowej młodzieży, z którą wywalczył mistrzostwo Europy. Jego wychowankiem był m.in. Hans Kary, najlepszy tenisista austriacki lat siedemdziesiątych. W Wiedniu zamieszkał kątem u znajomych i przeżył przygodę rodem z Harlequina. Właściciel lokum wkrótce zachorował na raka i po długich cierpieniach zmarł. Lokator niedługo potem zaopiekował się nieutuloną w żalu małżonką, księgową szacownej firmy konfekcyjnej. W tej sytuacji nie musiał już odkładać szylingów na emeryturę w PRL. Wydawał je więc po swojemu. Bywał na wiedeńskim torze wyścigów konnych, gdzie - jak zapewniał - czasami trafiał fuksy, dzięki "cynkom" od rodaków w osobach trenera Aleksandra Falewicza czy dżokeja Jerzego Jednaszewskiego.

"Po zakotwiczeniu w Wiedniu właściwie zerwał kontakty z przyjaciółmi w Polsce. O ile wiem, podtrzymywał jedynie znajomości z Andrzejem Badeńskim i Mietkiem Rybarczykiem. Temu ostatniemu pomógł nawet w znalezieniu pracy. Grali tak zwane stundy, czyli godzinki z majętnymi miłośnikami tenisa, którym imponowała rywalizacja z eksczempionami - opowiada austriacki sąsiad Skoneckiego, Józef Mirkowski. - O powrocie do Polski zaczął myśleć jesienią 1980 roku po powstaniu SolidarnościČ. Zamierzał wyjechać następnego lata, bo należał do osób ciepłolubnych, a nad Wisłą mrozy bywały wówczas znacznie sroższe niż nad Dunajem. Niestety, wiosną 1981 r. pojawiły się pierwsze symptomy chorob nowotworowej."

"Po raz ostatni widziałem Władka w czerwcu roku 1974. Spotkaliśmy się w miejscowości Murrhard, gdzie znajdowała się baza wypadowa piłkarskiej reprezentacji Polski podczas finałów mistrzostw świata w RFN. Częściej gawędziliśmy zatem o fenomenalnej postawie zespołu Kazimierza Górskiego niż o niezapomnianych pojedynkach Władka z Chilijczykiem Ayalą, Szwedem Davidssonem, Rumunem Tiriacem, Czechem Drobnym, Węgrem Gulyasem, Brytyjczykiem Burtonem, Amerykaninem Foxem czy Australijczykiem Rosewallem. O ile pamiętam, oglądał z trybun wszystkie występy Polaków w tym turnieju. W każdym razie na widowni spotkał starego druha z Warszawy Andrzeja Badeńskiego, który nawiasem mówiąc, niebawem także pozostał za granicą" - wspomina Andrzej Roman.

Po sześćdziesiątych urodzinach zaczął mu dokuczać bark. Ponieważ ból stawał się coraz dotkliwszy, Skonecki musiał zrezygnować z trenerki i niechętnie wybrał się do doktora. Zawsze starał się unikać lekarzy, bo bał się diagnozy. Tym razem miał rację. Badania kontrolne wykazały raka. W ciągu dwóch lat pomimo dwóch operacji nowotwór przerzucił się na inne narządy. Ostatnie miesiące chory spędził w hospicjum onkologicznym. Cierpienie łagodziły coraz większe dawki morfiny. Umarł 13 czerwca 1983 roku.

"Niestety, ówczesne władze nie wydały mi paszportu. Do dziś nie znam przyczyn tej absurdalnej decyzji. Ojciec został pochowany obok męża kobiety, z którą mieszkał. Potem ona spoczęła przy nich. Gdy Polska odzyskała suwerenność, starałem się wydobyć pamiątki pozostawione w Wiedniu. Okazało się, że je zlicytowano, by pokryć koszty leczenia i pogrzebu. Po tacie zostało mi jedynie parę zaśniedziałych pucharów, gdyż drewniany "Donnay" pękł, piłki "Slezengera" poginęły, a białe ubiory "Pumy" sprały się dokumentnie. Nie wytrzymały próby czasu także cenniejsze wygrane z krajowych kortów. Skórzane teczki sparciały, kryształy się potłukły, radioodbornik "Szarotka" dawno odmówił posłuszeństwa, a pamiątkowe fotografie pożyczyłem przed rokiem organizatorom międzynarodowego turnieju tenisowego w Szczecinie, którzy najwyraźniej uznali je za darowiznę" - nie kryje żalu Jan Skonecki.

Czuły na wiatr

"Pięknie grał. To przede wszystkim rzucało się w oczy. Myślę nie tyle o stylu, ile o osobowości pełnej przeciwieństw. Pod tym względem był postacią arcyciekawą, choć nie zawsze wzorową i godną naśladowania. Zazwyczaj zwyciężał, prezentując wachlarz błyskotliwych zagrań, czasami przegrywał i denerwował wszystkich. Zżymał się na sędziów, widzów, siebie. (...) Na korcie był przezroczysty. Nietrudno było uchwycić moment, w którym załamywał się lub odradzał. Czasem powodowała to jedna nieudana piłka, błąd sędziego, nieopatrzny okrzyk widza, brawa w nieodpowiednim momencie albo raptowny wiaterek zmieniający lot piłki. Niewątpliwie miał trudny charakter, lecz umiał zapamiętale trenować. (...) Pod koniec kariery Skonecki raptem zdradził walory wychowawcze. Szkoda, że w Polsce nie potrafiono ich wykorzystać  - pisał w "Romantycznych meczach" Bohdan Tomaszewski.

Niedawno Władysława Skoneckiego sklasyfikowano na drugim miejscu w plebiscycie na najwybitniejszego tenisistę polskiego mijającego stulecia. Przegrał jedynie z Wojciechem Fibakiem, co wzbudziło kontrowersje. "Mieli wiele wspólnych cech, choćby uczuciowe usposobienie, ale i różnili się. Stylem życia, mentalnością, wysokością gaż. Byli zawodnikami równorzędnej klasy i na tym zamknijmy dyskusję, komu przyznać pozycję numer 1.

http://new-arch.rp.pl/artykul/285711_Cy … zycie.html

Ostatnio edytowany przez Joao (27-04-2010 10:05:34)


Człowiek, jak każda małpa, jest zwierzęciem społecznym, a społeczeństwo rządzi się kumoterstwem, nepotyzmem, lewizną i plotkarstwem, uznając je za podstawowe normy postępowania etycznego. (Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon)

Offline

 

#7 30-04-2010 17:25:27

 Joao

Buntownik z wyboru

Zarejestrowany: 31-03-2010
Posty: 1600
Ulubiony zawodnik: Roger Federer

Re: Władysław Skonecki

Bohdan Tomaszewski grał ze Skoneckim kilka razy. W 1938  w finale mistrzostw Polski juniorów w deblu Tomaszewski razem z Juraszem przegrali z parą Skonecki, Chytrowski.  W 1947 w ćwierćfinale międzynarodowych mistrzostw Polski  Bohdan  przegrał z Władkiem 2:6, 3:6, 3:6.


Człowiek, jak każda małpa, jest zwierzęciem społecznym, a społeczeństwo rządzi się kumoterstwem, nepotyzmem, lewizną i plotkarstwem, uznając je za podstawowe normy postępowania etycznego. (Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon)

Offline

 

#8 30-04-2010 17:33:57

 DUN I LOVE

Ojciec Chrzestny

Skąd: Białystok
Zarejestrowany: 15-08-2008
Posty: 13296
Ulubiony zawodnik: Roger Federer

Re: Władysław Skonecki

Świetna robota Joao.

Ten finał MP juniorów w deblu obił mi się o uszy. To chyba największe osiągnięcie Pana Bohdana w wyczynowym tenisie.


MTT - tytuły (9)
2011: Belgrad, TMS Miami, San Jose; 2010: Wiedeń, Rotterdam; 2009: TMS Szanghaj, Eastbourne; 2008: US OPEN, Estoril.
MTT - finały (8)
2011: TMS Rzym; 2010: Basel, Marsylia; 2009: WTF, Stuttgart, Wimbledon, TMS Madryt; 2008: WTF

Offline

 

#9 01-05-2010 08:57:21

 Joao

Buntownik z wyboru

Zarejestrowany: 31-03-2010
Posty: 1600
Ulubiony zawodnik: Roger Federer

Re: Władysław Skonecki

Pan Bohdan w latach przedwojennych był zawodnikiem Legii.  W 1937 roku do klub trafił Austriak polskiego pochodzenia Adam Baworowski ( wyjechał z Austrii po Anschlussie). Adam był bardzo dobrym zawodnikiem (repezentował Austrię w pucharze Davisa w latach 1931-1937 oraz Polskę 1938-1939, w 1938 roku dotrał do 1/8 Rolanda Garrosa w barwach Polski). Poprosił Bohdana, żeby z nim trenował i rozgyrwał mecze treningowe, co dla 16-letniego Tomaszewskiego było wielkim wyróżnieniem. Baworowski  zaproponowal godziny przedpołudniowe, co dla Tomaszewskiego bylo problemem, gdyż uczęszczal wtedy do szkoły. Jednak mistrzowi się nie odmawia. Niestety finał tego był taki, że pan Bohdan musiał powtarzać klasę. Miłość do tenisa  tym  razem zwyciężyła obowiązek.


Człowiek, jak każda małpa, jest zwierzęciem społecznym, a społeczeństwo rządzi się kumoterstwem, nepotyzmem, lewizną i plotkarstwem, uznając je za podstawowe normy postępowania etycznego. (Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon)

Offline

 

#10 23-05-2010 11:13:07

 Joao

Buntownik z wyboru

Zarejestrowany: 31-03-2010
Posty: 1600
Ulubiony zawodnik: Roger Federer

Re: Władysław Skonecki

Podczas wczorajszego finału turnieju wta w warszawie Bohdan Tomaszewski wspomniał, że Władek Skonecki o płaskich zagraniach mawiał uderzenia z "otwartej patelni" .

Ostatnio edytowany przez Joao (27-05-2010 08:16:31)


Człowiek, jak każda małpa, jest zwierzęciem społecznym, a społeczeństwo rządzi się kumoterstwem, nepotyzmem, lewizną i plotkarstwem, uznając je za podstawowe normy postępowania etycznego. (Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafon)

Offline

 

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
blaszaki kostenloserechtsberatungonline.de